Motocykle - motocykliści - zloty motocyklowe
Cytat na dziś: "Jazda na motocyklu to najlepsza rzecz jaką można robić w ubraniu"

Artykuły » Felieton

Moje początki

Rozmiar tekstu: AAA j.a.c.e.k, 16 lipca 2010


A więc: wszystkiemu winien jest mój starszy brat Janusz. Odkąd pamiętam, miał zamiłowanie do motocykli: to Iż, to Awok, to jakieś BMW R-35.... . Pamiętam, zabrał mnie kiedyś na przejażdżkę "Osiołkiem" do Katowic. Najpierw zatrzymała nas Milicja, bo usłyszeli za duży hałas i chcieli wlepić mandat za brak tłumika - ale jak zobaczyli czym jedziemy to pooglądali z ciekawością i puścili nas wolno. Całe szczęście, bo gdyby nie ta przerwa w jeździe, to pewnie dupa by mi odpadła. Dopiero wtedy zrozumiałem co znaczy sztywna rama. Potem Brat wyprowadził się na Kaszuby. Na cały rok. Niby to niedługo, ale zmienic można wiele. W ciągu tamtego roku odwiedził mnie kilkakrotnie. Raz przyjechał i mówi, że zamienił motocykl na lepszy. Pytam co to znaczy, a On na to, że ma angielski motocykl, Ariel jakiśtam. Nowszy od "Wołka", bo z lat 60-tych. To fajnie, mówię, dobrze zrobiłes. Okazało się, że zwycięstwo było połowiczne. Motocykl był, a jakby go nie było. Prawnie nie istniał - nie miał papierów. W tym czasie (lata 80-te) pracowałem "blisko" Urzędu Miasta. Poszedłem zarejestrować motocykl na dobrze wyprane papiery ze starego Junaka, a Pani z Wydziału Komunikacji, widząc "znajomą" twarz, nie była zbyt dociekliwa i wydała papiery na motocykl, który stał pod Urzędem. Jak mówiłem, po roku Brat wrócił, ale, niespokojna dusza, znalazł gdzieś Nortona. Sprzedał więc Ariela i kupił nowego Anglika. Podobno Ariel był 350, a Norton -500. Jechałem z Nim kilka razy w charakterze "plecaczka". Nie powiem - fajnie było. Raz jechaliśmy do znajomych 8 grudnia. On-motocyklista- ubrał się po swojemu; ja, żeby nie zmarznąć, wsadziłem na siebie co się dało. U znajomych rozebrałem się w przedpokoju - i przedpokój był pełny:ortalion, kufajka, dres, buty po nartach-pełny asortyment dobrze wyposażonego turysty wysokogórskiego. Ale fajnie nam się jeździło. Ten Wariat wymyślił coś lepszego: znalazł dla mnie motocykl. Piękny, tani,......tylko że w worku. NSU 250.....z kurnika. Nie mam zacięcia technicznego, a tym bardziej do czegoś, czego nie widzę. Zamiast jeździć musiałbym czyścić i składać. Po dwóch miesiącach sprzedałem worek. Minęło kilka lat. Pracowałem sezonowo na basenie, gdy odwiedził mnie Brat. W tamtych czasach motocykle 4-suwowe nie były tak popularne jak teraz. Junak, Avo- pod koniec lat 80-tych to jednak była rzadkość. Przeważały MZ-ki, CZ-ki, Jawy.

Młodzież przyjeżdżała na basen takimi właśnie motocyklami. Stały na parkingu koło budki, w której sprzedawałem lody i zimne napoje. Nagle zrobiło się cicho na basenie - wszyscy wyszli z wody i skierowali swe kroki do bramy wyjściowej. Będęc w środku budki dopiero po chwili usłyszałem dziwny dźwięk-jakieś dziwne mruczenie. Okazało się, że takie wrażenie zrobił Norton wjeżdżający na wolnych obrotach przez bramę basenu. Wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że w tym musi coś być. Lata mijały. Byłem ojcem 16-latka. Któregoś dnia znalazł w starych szpargałach zdjęcia motocykli. Tatuś, co to? Wiesz, Stryj jeździł takimi motocyklami..... Stało się - zaczęły się rozmowy mojego Syna z moim Bratem. Bez mojego udziału bo mnie motocykle nie interesowały. Po pewnym czasie na biurku w pokoju Syna stanął "Wołek" w ramce, po nim Ariel oparty o płot na Kaszubach. Zaczęliśmy kupować "Świat Motocykli". Mój Brat, Janusz, zaczął opowiadać o motocyklu, który wzbudzał jego zainteresowanie (był stałym czytelnikiem "Świata Motocykli.", "Motocykla","Classic Motocycles" i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze). Oczywiście był to "anglik", tylko że produkowany w Indiach. Zachwycał się nim przy każdym naszym spotkaniu. Próbowałem Go od tego odwieść: coś Ty, motocykl produkowany w Indiach- zapomnij, co Hindusi potrafią. A On swoje - technologia angielska, a składany w Indiach to będzie tani. Patrzałem na to sceptycznie, ale nie chciałem Mu sprawiać przykrości; cóż mnie do tego - przecież nie kupuję motocykla. W listopadzie 2003 r. namówił mnie na wyjazd do Zamościa do człowieka, który jakoby najlepiej znał się na motocyklach, pisał książki i artykuły do "Świata..." - a przy tym był dealerem tego hinduskiego "anglika". Miałem czas więc pojechałem z Bratem na wycieczkę; po raz pierwszy od wielu lat wyjechaliśmy gdzieś razem. Warto było. Poznałem nową drogę z Frampola do Zamościa (przez Gorajec zamiast Biłgoraj i Zwierzyniec). Piękna widokowo i krótsza. Ale przede wszystkim poznałem Pana Tomasza. Szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony. Pooglądaliśmy motocykle stojące w warsztacie: Royal Enfielda Bullet`a niebieskiego, takiego samego czarnego (ale de Lux) i czerwonego Enfielda sixty five-solówkę. Nie powiem, prezentowały się imponująco. Pan Tomasz odpalił swoją maszynę, zaiste, głos miała piękny.

Ten ton słyszałem kilkanaście lat wcześniej - wydobywał się z Nortona. Jako, że listopad nie należy do gorących miesięcy, poszliśmy na herbatkę. I zaczęło się: Janusz pytał, a Pan Tomasz odpowiadał i opowiadał. Widać było, że wie, o czym mówi. I czynił to z pasją. Siedziałem jak na tureckim, nie, hinduskim kazaniu. Dwa razy o coś zapytałem zaznaczając, że jestem laikiem, że przyjechałem z Bratem do towarzystwa. Nasz rozmówca nie zrażał się i odpowiadał mi równie wyczerpująco jak Januszowi tylko bardziej przystępnie (chciał pewnie, żebym rozumiał co do mnie mówi). Stanęło na tym, że Janusz zamówił jeden egzemplarz. Czarny Royal Enfield 500 de Lux, z chromowanymi błotnikami. Zaczynał mi się podobać, ale cóż, był tylko jeden. Wróciliśmy do domu. W grudniu Janusz zadzwonił, że sytuacja finansowa nie pozwala Mu na zaliczkowanie motocykla (miał być do odbioru na Wielkanoc). Dałem pieniądze na zaliczkę coraz częściej myśląc o tym, że jak nie weźmie to może ja... ? Wszystko wyjaśniło się w styczniu. Firma, w której mój Brat pracował zaczęła podupadać. Wiadomo, że ktoś, kto ma na utrzymaniu 5 osób a w perspektywie utratę pracy, nie kupi motocykla. Stanąłem przed nie lada dylematem. Byłem zdecydowany, ale co na to moja Żona? Rozmowa o zakupie motocykla trwała 3 miesiące. Jestem Jej bardzo wdzięczny za to, że się zgodziła. Ale najbardziej zadowolony z tego był mój Syn. Miał już 17 lat i w bliskiej perspektywie "prawko" na motocykl. Ale największy wpływ na moją decyzję miał fakt, który zaobserwowałem kilka lat wcześniej - mój Brat po sprzedaży motocykla(warunki ekonomiczne) stał się innym człowiekiem. Stał się zgryźliwy, zgorzkniały i taki szary; po prostu zdziadział. Nie macie pojęcia ile radochy daje jazda motocyklem (podobno w drugiej ławce też). Mogę to powiedzieć bo sam doświadczyłem. Ale wrażenia z jazdy będą potem. Teraz trzymajmy się chronologii. No więc przyspieszony kurs podstawowej obsługi motocykla w Zamościu u Tomasza Sałka i motocykl stanął w Tychach. W biurze na honorowym miejscu. Z miejsca stał się sensacją - nikt ze znajomych do tej pory nie jeździł i patrzeli na mnie bardziej z politowaniem niż ze zdziwieniem (zachciało się chłopu na starość). Ale ja mam dopiero 48 lat.

Wszyscy czekaliśmy aż puszczą śniegi. Nareszcie. Za poradą Brata zacząłem naukę jazdy na mało uczęszczanym placyku. Kółeczko na jedynce w lewo-przerwa, jeszcze jedno i znów przerwa.
Gdy kółeczka wychodziły już bez podpórki to zacząłem kręcić w prawo. Potem to samo na dwójeczce. Trzeciego dnia wyjechałem na drogę publiczną. Mały ruch (bo to poza miastem), ale już można było wrzucić 3 i 4 - taka pętla 3,5 km .No to dwie w lewo i dwie w prawo. A po tygodniu wyjazd do miasta. Jestem lekko zdenerwowany; co zrobię jak zgaśnie na skrzyżowaniu lub na światłach? No cóż, odpowiadam sobie, zepchnę na pobocze albo na chodnik i odpalę znowu. Tak zrobiłem. Podczas pierwszych jazd rzeczywiście kilka razy zadusiłem silnik. Ale uwierzcie, nikt nie trąbił, nie mrugał światłami i nie pukał się się w czoło. Czekali cierpliwie aż dwa "dziadki" odjadą ze skrzyżowania (mam siwą brodę a kask nie pozwala ocenić dokładnie wieku, a jak wygląda Royal Enfield- każdy wie). Pierwsze jazdy wokół miasta nie przynoszą spodziewanych przyjemności i radości z jazdy. Motocykl jest powolny czasem kichnie nie za bardzo przyspiesza.
Telefon do Pana Tomasza i już wszystko jasne - ten rocznik trzeba dotrzeć, wyregulować i podczas kolejnych wycieczek trzymać usta zamknięte. Dlaczego? Dobrze wiecie. No więc czeka mnie kolejne zadanie. Wyjazd do Zamościa-400 km dla początkującego jeźdźca, w dodatku samotnie, to już według mnie,coś. Przedtem jednak mały test. Jazda do Krakowa i z powrotem to namiastka tego co mnie może czekać. Motocykl spisał się znakomicie. Jedziemy! Spakowałem pełną torbę ciepłych ciuchów (bo maj był zimny) i 22-go wyruszyłem w moją pierwszą poważną podróż motocyklem. Słuchajcie, cudownie - słoneczko świeci po raz pierwszy od tygodnia, a ja sobie powolutku,60-70/h, pomykam na Wschód. Pierwszy postój u Brata w Krakowie-kawka, odpoczynek i dalej do przodu. Następny w Zawidzy (za Osiekiem) przy trasie sandomierskiej-obiad). W lesie jest Zajazd pod Dębami, gdzie można dobrze i tanio zjeść. Polecam. Słoneczko dalej świeci. Mijam Tarnobrzeg, Stalową Wolę, Nisko i kieruję się na Janów Lubelski. Na podróż motocyklem piękna trasa - mały ruch i dużo lasów po drodze. Z Janowa na Frampol, Biłgoraj (wizyta na cmentarzu u Dziadków i pod Pomnikiem Katyńskim) i przez Szczebrzeszyn do Zamościa.

Skończył się piątek a wraz z nim pogoda. W sobotę zaczęło padać a temperatura spadła do 100C. Niestety mam tylko 2 dni wolne - jeden na przegląd motocykla, drugi na powrót do domu. Wbijam się w ciepłe ciuchy i zasuwam do warsztatu Tomasza Sałka. Pan Tomasz to chodząca encyklopedia wiedzy o jednośladach. I chyba pasjonat przez duże "P". Przegląd przebiega bardzo sprawnie: wymiana oleju, filtra, regulacja gaźnika, zapłonu, rzut oka na sprzęgło. Wszystko gra. Jadę do Hrubieszowa odpocząć przed powrotem do domu. Muszę wyjechać rano bo nie wiadomo, co może mnie spotkać po drodze. Poranek wita słoneczkiem. Gęba mi się uśmiecha na ten widok, jednak uśmiech zamiera gdy patrzę na termometr - 60C. Dobrze, że na plusie, nie? (tego dnia wieczorem- po powrocie do domu - stwierdziłem, że motocykl to zabawka dla twardych mężczyzn). Ale komu w drogę.... . Pakuję na siebie wszystko co mam w torbie: podkoszulek, drugi z długim rękawem, koszulę flanelową i wełniany golf. A na to wszystko "skórę". Wyglądam i poruszam się jak Ludzik "Michelin". Ale co mi tam, na motocyklu nie będę biegał, to się nie spocę. Naiwny, trzeba się było nauczyć biegać to bym nie zamarzał. Motocykl po przeglądzie jakiś taki żwawszy, lżejszy, bardziej "wyrywny"do jazdy. Tak jakby cieszył się razem ze mną, że już Mu więcej wolno.
Ma rację, jedzie się przepysznie. Pierwsze 70 km to poezja. Słońce świeci, "0" ruchu bo to niedziela rano, a ja sobie jadę. Beztrosko. Miał rację kochany Braciszek, że na motocyklu zapomnę o troskach i zmartwieniach - rzeczywiście tak było. Ale tylko częściowo. W Szczebrzeszynie skręcam na Frampol, droga tam wiedzie przez piękną widokowo okolicę. Nie patrzę na mapę, ale mam wrażenie, że to granica pomiędzy Roztoczem a Wyżyną Lubelską. I to wszystko, co było piękne w tym dniu. Zaczyna padać deszcz, a ja w szczerym polu. Do Frampola jakieś 10 km. Nie ma się gdzie schować więc pcham do przodu. Zrobiło się zimno jak jasna cholera. Dojeżdżam do Frampola i "dokuję" na Petrochemii. Ciepło, sucho - pierwszy raz zauważam, że na stacji benzynowej może być tak pięknie. Zrzucam z siebie 2 wierzchnie warstwy i zamawiam 3 herbaty. Boski napój! Po pół godzinie jestem gotów do dalszych zmagań z naturą. Rozgrzany i pokrzepiony wychodzę na słoneczko. Pięknie, ale krótko. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżam w beztroskim nastroju. Ale w drodze do Niska(droga piękna, szeroka) znowu zaczyna padać. Teraz muszę uważać na złośliwość kierowców jadących z przeciwka. Na drodze potworzyły się kałuże i jadący z przeciwka wjeżdżając w taką kałużę może mnie przewrócić.

Jadę więc wolniej i prawie poboczem. Deszcz na szczęście ustaje i mogę jechać spokojniej. Ale dzisiaj pogoda nie sprzyja motocyklistom; wieje silny i zimny wiatr. W takiej atmosferze mijam Nisko, Stalową Wolę i Tarnobrzeg. Pora zatankować. Zapomniałem powiedzieć, że jadąc na przegląd (powoli i bez zrywów- 60-65km/h), mój motocykl spalił 2,45 l/100km. No więc dojeżdżam do Łoniowa i skręcam na stację benzynową. Uzupełniam paliwo i idę do kasy. Wiatr jest tak silny, że przewraca motocykl. Pracownik na stacji mówi, że od kilku lat nie było tak silnego wiatru. Pociechą dla mnie jest, że za parę chwil znowu wjade do Zajazdu Pod Dębami w Zawidzy. Przerwa w podróży to odpoczynek i w tym wypadku gorący obiad. Po godzinnym odpoczynku w "ciepełku", pełen optymizmu ruszam w dalszą drogę. Do domu pozostało mi tylko 230 km. Czyli połowa już za mną. I znowu, tak jak rano, świeci słońce - z tą jednak różnicą, że teraz nie ma wiatru. Radość moja nie trwała jednak długo. Po kilkunastu kilometrach tak lunęło, że nie zastanawiając się wjechałem pod parasole restauracji, w której odbywało się przyjęcie I-szo komunijne. Za zdjęcia dzieci na motocyklu, zostałem poczęstowany gorącą herbatą i ciasteczkami.

Podbudowany psychicznie i fizycznie wykonuję długi skok do Krakowa. Tam znowu gorąca kawa na stacji benzynowej (bodajże na ul. Włóczków) i ostatni już etap mojej podróży do Tychów. Muszę stwierdzić, że podróż ta była moim chrztem bojowym. Przyznaję, że zmarzłem w tym dniu jak cholera. Dwa razy zsiadałem z maszyny tylko z tego powodu, aby z niej nie spaść. Ale było to cenne doświadczenie - Polska to nie Kalifornia ani Floryda - pogoda bywa u nas różna i teraz, po kilku miesiącach użytkowania motocykla, mogę stwierdzić, że jazda w złych warunkach już mnie nie przeraża, bo to doświadczenie mam już za sobą. JEST WSPANIALE! NAPRAWDĘ!!



http://picasaweb.google.com/jacek.lazarewicz/Bikes…

Kliknij na zdjęcie aby je powiększyć

Podziel się z innymi:  
  • Facebook
  • Wykop
  • NK
  • GG
  • Wahacz
  • Blip
  • Flaker

Dodaj komentarz:

Imię / ksywa:

Twój komentarz
do tego artykułu:

Pierwsza + ostatnia cyfra =*
Zaloguj się aby dodawać komentarze
bez konieczności przepisywania kodu.

Komentarze: (1) - sortowane od najnowszych

hubertys1947
24 cze 2016, 22:12
Niech za komentarz posluzy moja krotka historia motocyklisty,Mam 69 l.i musze zyc z ch.Parkinsona.Obecnie tj. od 5 maja br, realizuje moje mlodziencze marzenia,kiedy to jezdzilem pozyczona od kolegi WFM 125 a bylo to w latach 1963-65.Obecnie wbrew rodzinie,sasiadom,znajomym i wszystkim rozsadnym ludziom ucze sie z rozsadkiem jezdzic Honda Shadow 125.Bez szalenstw majac na uwadze aby nikogo nie skrzywdzic.Jest to dla mnie cos w rodzaju rehabilitacji nie wspominajac o przyjemnosci.Dwoch lekarzy neurologow wyrazilo opinie,se ludzie dotknieci ch.Parkinsona poprawiaja swoje samopoczucie prowadzac pojazdy mechaniczne i nie sa to byle jacy lekarze.

Ocena:

Musisz być zalogowany
aby oceniać artykuły.
Średnia: 7,5
Liczba
ocen:
4

Podobne artykuły:

Wolne przemyślenia (Felieton)Po co komu motocykl (Felieton)Niespełniony motocyklista (Felieton)Motocykl, wojna międzypokoleniowa. (Felieton)

Logowanie

Email:
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Załóż konto!

Znajdź w serwisie

Twoja wyszukiwarka

Główni partnerzy:

Kalendarz Imprez Motocyklowych

Facebook:

Polecamy:

AKM Apanonarwięcej...
Prywatność i cookies  -  Patronaty  -  Partnerzy  -  Toplista  -  Widgety  -  Facebook  -  Reklama  -  Kontakt
Motocyklowy portal informacyjno-społecznościowy omko.pl © 2009-2019
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu